Październik to nasz tradycyjny miesiąc,
w którym Kończymy rodzinny sezon Turystyczny. Od jakiegoś czasu kończymy go
dwudniowym wyjściem w góry z noclegiem w schronisku. W ubiegłym roku była to
bacówka Nad Wierchomlą, a w tym bacówka Pod Bereśnikiem w Beskidzie Sądeckim
nad Szczawnicą.
Ze Szczawnicy poszliśmy
zielonym szlakiem z przysiółka Wygon na Dzwonkówkę. Zaczęła się stromo do góry
pośród domostw. Widok na Pieniny i Tatry- choć przymglone towarzyszą nam przez
długi czas. Idzie się pasmem hal, ale jak widać tereny te tracą swój pierwotny
pasterski krajobraz. Choć droga słabo przejezdna, to już są przy niej
przyłączeniowe skrzynki elektryczne, czyli deweloperka ma tam już otwarte pole
do działania. I to działanie już widać, choć na szczęście w budownictwie
jednorodzinnym, wolnostojącym. Nie dziwne, skoro są stąd tak piękne widoki.
Po wejściu w las osiągamy
Dzwonkówkę, gdzie na podszczytowej polanie jemy drugie śniadanie z widokiem- a
jakże- na Tatry. Ze szlaku jednak miejsc widokowych jest bardzo mało i wędrówka
toczy się lasem. Niestety sezon grzybowy- nie licząc sezonu na muchomory- już
tam się zakończył i próżno szukać pociechy dla oczu w poszyciu leśnym. Kępki opieniek
tylko potwierdzają tę obserwację o zakończeniu sezonu (potwierdzeniem także
była w bacówce zupa z opieniek- bardzo zresztą dobra).
Po czterech godzinach marszu i
11 kilometrach w nogach docieramy do Bacówki. Bierzmy klucz i idziemy do pokoju
się rozgościć. Pokój skromny i jak to w bacówkach łazienki i WC wspólne w
podziemiu obiektu. Jakoś przeżyjemy. Pokój mamy 4 osobowy, ale zajmujemy tylko
dwa łóżka (Klara śpi z Elą w jednym). Cena 60 zł/os, no, ale jak się chce mieć
pokój na wyłączność, to trzeba zapłacić za wszystkie łóżka, nawet jak się z
nich nie korzysta.
Schodzimy na obiad. Jedzenie
bardzo dobre. Ponieważ nie ma tam za dużo atrakcji, szybko idziemy spać. Około
21 spokojne zapadanie w sen zakłóca stukanie do drzwi, za chwilę ponowne.
Wstaję nieco zdziwiony. Otwieram, patrzę stoi gość ze śrubokrętem w dłoni:
" czy mogę odpowietrzyć kaloryfer, bo coś się nam instalacja trochę
popsuła" zagaja. Ponieważ faktycznie około 17:30 zaczęło coś w
kaloryferach bulgotać i zaczęły grzać jak opętane, aby zaraz potem zamilknąć i
ostygnąć całkowicie, wpuściłem Gościa do środka. Klara już spała, a Ela prawie.
Gość faktycznie odpowietrzył, stwierdził, że główny problem jest w pokoju obok
i poszedł. Kaloryfery był zimne jak lód aż do rana, pomimo tego w ogóle nie
zmarzliśmy, choć spałem tylko pod kocem.
Rano polowałem na wschód
słońca. Bufet otwierają dopiero o 9 rano. Gros turystów śpiących w bacówce
wstało znacznie wcześniej i zjadając śniadanie przed otwarciem bufetu
wychodziło na szlak- pewnie mieli w planach jakieś dalsze trasy. My natomiast
mieliśmy tylko zejście do Szczawnicy żółtym szlakiem, więc czekaliśmy na bufet
ze śniadaniem. Tzn. dziewczyny czekały, bo ja miałem bułki, ser topiony i
puszkę rybek, więc zjadłem wcześniej. Aha, na jadalni jest do całodobowej
dyspozycji czajnik elektryczny, a my mieliśmy własną herbatę, cukier, kawę typu
3in1.
Wymeldowanie do godziny 11,
więc po śniadaniu spokojnie żeśmy się spakowali i wyszli. Pogoda rewelacyjna:
ciepło i słonecznie. Z dołu waliły wobec tego "dzikie" tłumy.
Do Szczawnicy zeszliśmy w godzinkę, zahaczając po drodze o historyczny krzyż na
Bryjarce.
Uzdrowiskowe centrum Szczawnicy
jest ładnie odrestaurowane, chociaż niestety, wciąż stoją tam obiekty,
który stać już w tej formie tam nie powinny, bo bardziej straszą niż
podkreślają urok Uzdrowiska.
I to byłoby na tyle. Zdjęcia i film
wkrótce