sobota, 17 października 2026

Dwudniowa wycieczka do Szczawnicy i bacówki Pod Bereśnikiem

 

Październik to nasz tradycyjny miesiąc, w którym Kończymy rodzinny sezon Turystyczny. Od jakiegoś czasu kończymy go dwudniowym wyjściem w góry z noclegiem w schronisku. W ubiegłym roku była to bacówka Nad Wierchomlą, a w tym bacówka Pod Bereśnikiem w Beskidzie Sądeckim nad Szczawnicą.

 

Ze Szczawnicy poszliśmy zielonym szlakiem z przysiółka Wygon na Dzwonkówkę. Zaczęła się stromo do góry pośród domostw. Widok na Pieniny i Tatry- choć przymglone towarzyszą nam przez długi czas. Idzie się pasmem hal, ale jak widać tereny te tracą swój pierwotny pasterski krajobraz. Choć droga słabo przejezdna, to już są przy niej przyłączeniowe skrzynki elektryczne, czyli deweloperka ma tam już otwarte pole do działania. I to działanie już widać, choć na szczęście w budownictwie jednorodzinnym, wolnostojącym. Nie dziwne, skoro są stąd tak piękne widoki.

 

Po wejściu w las osiągamy Dzwonkówkę, gdzie na podszczytowej polanie jemy drugie śniadanie z widokiem- a jakże- na Tatry. Ze szlaku jednak miejsc widokowych jest bardzo mało i wędrówka toczy się lasem. Niestety sezon grzybowy- nie licząc sezonu na muchomory- już tam się zakończył i próżno szukać pociechy dla oczu w poszyciu leśnym. Kępki opieniek tylko potwierdzają tę obserwację o zakończeniu sezonu (potwierdzeniem także była w bacówce zupa z opieniek- bardzo zresztą dobra).

Po czterech godzinach marszu i 11 kilometrach w nogach docieramy do Bacówki. Bierzmy klucz i idziemy do pokoju się rozgościć. Pokój skromny i jak to w bacówkach łazienki i WC wspólne w podziemiu obiektu. Jakoś przeżyjemy. Pokój mamy 4 osobowy, ale zajmujemy tylko dwa łóżka (Klara śpi z Elą w jednym). Cena 60 zł/os, no, ale jak się chce mieć pokój na wyłączność, to trzeba zapłacić za wszystkie łóżka, nawet jak się z nich nie korzysta.

Schodzimy na obiad. Jedzenie bardzo dobre. Ponieważ nie ma tam za dużo atrakcji, szybko idziemy spać. Około 21 spokojne zapadanie w sen zakłóca stukanie do drzwi, za chwilę ponowne. Wstaję nieco zdziwiony. Otwieram, patrzę stoi gość ze śrubokrętem w dłoni: " czy mogę odpowietrzyć kaloryfer, bo coś się nam instalacja  trochę popsuła" zagaja. Ponieważ faktycznie około 17:30 zaczęło coś w kaloryferach bulgotać i zaczęły grzać jak opętane, aby zaraz potem zamilknąć i ostygnąć całkowicie, wpuściłem Gościa do środka. Klara już spała, a Ela prawie. Gość faktycznie odpowietrzył, stwierdził, że główny problem jest w pokoju obok i poszedł. Kaloryfery był zimne jak lód aż do rana, pomimo tego w ogóle nie zmarzliśmy, choć spałem tylko pod kocem.

Rano polowałem na wschód słońca. Bufet otwierają dopiero o 9 rano. Gros turystów śpiących w bacówce wstało znacznie wcześniej i zjadając śniadanie przed otwarciem bufetu wychodziło na szlak- pewnie mieli w planach jakieś dalsze trasy. My natomiast mieliśmy tylko zejście do Szczawnicy żółtym szlakiem, więc czekaliśmy na bufet ze śniadaniem. Tzn. dziewczyny czekały, bo ja miałem bułki, ser topiony i puszkę rybek, więc zjadłem wcześniej. Aha, na jadalni jest do całodobowej dyspozycji czajnik elektryczny, a my mieliśmy własną herbatę, cukier, kawę typu 3in1. 

 

Wymeldowanie do godziny 11, więc po śniadaniu spokojnie żeśmy się spakowali i wyszli. Pogoda rewelacyjna: ciepło i słonecznie. Z dołu waliły wobec tego "dzikie" tłumy.  Do Szczawnicy zeszliśmy w godzinkę, zahaczając po drodze o historyczny krzyż na Bryjarce.

 

Uzdrowiskowe centrum Szczawnicy jest ładnie odrestaurowane, chociaż niestety, wciąż  stoją tam obiekty, który stać już w tej formie tam nie powinny, bo bardziej straszą niż podkreślają urok Uzdrowiska.

 

I to byłoby na tyle. Zdjęcia i film wkrótce